...z dodatkiem muszli!
Jeśli miałabym określić mój ślub jednym słowem, brzmiałoby ono „idealny”.
Oczywiście o wypowiedzeniu takiego zdania marzy każda Panna Młoda - i tego każdej życzę. Mnie udało się to szczęście osiągnąć :)
Mój wyjątkowy dzień miał miejsce 22 sierpnia 2015r. Choć może to zabrzmieć nieprawdopodobnie – nie pamiętam, abym się denerwowała. Kręciłam się po domu, oglądałam telewizję, podziwiałam wygrany w internetowym konkursie bukiet, który tworzyły wbite w styropianową kulę, morskie muszle w odcieniach bieli, beżu i brązu, tu i ówdzie przyozdobione drobną różyczką w kolorze wanilii, które do złudzenia przypominały prawdziwe kwiaty. Do kompletu otrzymałam butonierkę dla męża – drobna muszelkowa kompozycja prezentowała się idealnie na tle jego ciemnoniebieskiego garnituru, którego kolor współgrał z moją śmietanową, nie zaś czysto białą suknią.

W końcu przyszedł czas na wyjście z domu i dotarcie do fryzjerki. Osobiście byłam zwolenniczką pozostawienia włosów tak, jak noszę je na co dzień – rozpuszczone, wolne i naturalnie, lekko falowane. Dałam się jednak przekonać, że przy tylu godzinach intensywnej zabawy włosy oklapną i chodzi tylko o ich „zakonserwowanie” ;) Później przyszedł czas na wizytę u zaprzyjaźnionej kosmetyczki – i tu miał miejsce jedyny w tym perfekcyjnym dniu zgrzyt. Miało być tak naturalnie, jak się tylko da, bo też na co dzień praktycznie się nie maluję, a mojemu mężowi również najbardziej podobam się bez choćby cienia makijażu. Możecie więc wyobrazić sobie moją minę, gdy w lustrze zobaczyłam kompletnie inną osobę, umalowaną jak na dyskotekę - kompletnie inaczej, niż na próbie. Oczywiście w dniu ślubu chyba każdy ma skłonność do wyolbrzymiania problemów - ten na szczęście bardzo szybko udało się zażegnać, gdy w zaciszu domowej łazienki do akcji wkroczyły pomocna siostra i mama :)
Od tego momentu wszystko potoczyło się już perfekcyjnie – szybko doszłam do wniosku, że dobrze się stało, bo emocje i nerwy znalazły ujście wcześniej :)
Przed ceremonią w kościele, do mojego rodzinnego domu zajechał wybranek mego serca. Rodzice pobłogosławili nas, a my postanowiliśmy w spokoju, nie zaś na sali weselnej, wręczyć całej czwórce prezenty – symboliczną formę podziękowania za pomoc w organizacji wesela. Były to drewniane szkatułki wypełnione torebkami z kilkoma rodzajami przepięknie pachnącej herbaty, z naszym zdjęciem pod wieczkiem, oraz oprawione w ramy dyplomy z podziękowaniami za całe dotychczasowe życie, które sami z mężem zaprojektowaliśmy.

16:00 – właśnie o tej godzinie rozpoczęła się msza w Biechowie. Jest to wioska położone nieopodal mojej rodzinnej Wrześni, do której dotarliśmy czarną, odświętnie przystrojoną wołgą – dumą mego teścia :) Wybraliśmy z mężem kościół, w którym żadne z nas nigdy nie przyjmowało żadnego sakramentu – chcieliśmy, aby kojarzył nam się tylko z naszym ślubem.
Podczas ceremonii najbardziej stresowałam się tym, aby nie wyłożyć sie jak długa w drodze do ołtarza i aby nie podrzeć sukni przy klękaniu ;). Gdy przyszło do złożenia przysięgi obydwoje z mężem nawet się nie zająknęliśmy. Potem ktoś mi powiedział, że miałam tak pewny siebie głos, jakbym robiła to już setki razy ;) Mieliśmy nawet umowę z księdzem, że podczas znaku pokoju będziemy mogli się z mężem pocałować (bo filmy amerykańskie to jednak tylko filmy, w Polsce pocałunki w czasie ślubów należą raczej do rzadkości).

O weselu można by dużo pisać – przyjemna restauracja pod laskiem, zespół i muzyka perfekcyjne, jedzenie pyszne, zabawy z gośćmi na poziomie, a oczepiny zabawne. Z rzeczy bardziej osobistych - pozostaję dumna, że sami z mężem pokroiliśmy 3-piętrowy tort dla 64 gości i niczego przy tym nie zniszczyliśmy :) Z sentymentem patrzyłam też na karteczki z nazwiskami, które sama wykonałam i ustawiłam na stole weselnym, oraz na muszle, które zostały przyklejone do wstęg oplatających wazony z kwiatami - były to bowiem moje ukochane pamiątki, zbierane przez całe życie. Zabawny był również fakt, iż to my z mężem musieliśmy dopominać się o chóralne „Gorzko! Gorzko!” – ludzie zaczynali krzyczeć i śpiewać dopiero wtedy, gdy widzieli, że sami się całujemy, a orkiestra za nami nie nadążała ;) Co zaś się tyczy pierwszego tańca – nie jesteśmy z mężem mistrzami parkietu, ale do tej wyjątkowej chwili przygotowaliśmy się, tworząc swój własny układ na bazie walca angielskiego do piosenki „I love you too much” z animacji „Księga życia”. To był chyba najbardziej stresujący moment dnia – wcale nie składanie przysięgi :) Z rzeczy bardziej przyziemnych – serdecznie polecam wykorzystanie pomysłu mojej mamy, która w damskiej toalecie zorganizowała małe koszyczki z kilkoma przedmiotami „potrzebnymi od zaraz!” – znalazły się tam m.in. podpaski, tampony, igła z nitką, lakier do paznokci czy zapasowe rajstopy. Niby nic, ale ten drobny zestaw może „uratować życie” niejednej zaproszonej na wesele osóbce :)
Czy żałuję zamążpójścia w wieku 21 lat? Absolutnie nie! Nigdy nie chciałam planować ślubu z wieloletnim wyprzedzeniem. Pobraliśmy się z Arturem, bo chcieliśmy przypieczętować to, co między nami zaistniało. Rok wspólnego życia przed ślubem pozwolił nam się lepiej poznać. Nie kupowaliśmy już kota w worku, lecz w dniu ślubu wciąż żyła w nas fascynacja sobą i świeżość związku. To z resztą było widać – nie zliczę, od ilu osób usłyszałam, że nigdy nie widzieli tak radosnej panny młodej. I wiem, że nie były to tylko miłe słowa bez pokrycia. Naprawdę, przez cały dzień (poza incydentem kosmetycznym) uśmiech nie znikał z mojej twarzy. Czerpałam z dnia ślubu pełnymi garściami, chłonęła go całą sobą. Był idealny – dokładnie taki, jakim można go sobie wymarzyć. I żałuję tylko jednego – że już minął :)
