Czyli o tym, co nie poszło zgodnie z pierwotnym planem

13 grudzień 2017
Katarzyna Bieńkowska

Jakiś czas temu minęły cztery lata od mojego ślubu, a ponieważ ostatnio moje myśli krążą wokół wesel, postanowiłam się zastanowić, czy moje wesele było takie, jak sobie zaplanowałam... Prawdę mówiąc nie, ale może nawet wyszło lepiej...?!

Zacznę od tego, że marzyło mi się skromne wesele, to znaczy oczywiście impreza do rana, ale gości tylko dwudziestu. Potem dodatkowa impreza w klubie, na którą zaprosilibyśmy wszystkich przyjaciół, znajomych i młodszych krewnych. Ot, takie marzenie... okazało się, że raczej ściętej głowy, bo o ile mojemu narzeczonemu było zupełnie obojętne w jakich okolicznościach przeistoczy się z Narzeczonego w Męża, o tyle jego rodzice nie byli już tacy ugodowi. Bo jak to nie zaprosimy ich rodzeństwa? Małe wesele, żeby wszyscy pomyśleli, że ich nie stać? Mamy tylko jednego syna i zrobimy mu takie wesele, żeby wszyscy latami wspominali, jaka to była impreza!

Z czasem mój zapał do walki z nimi przygasał, za to ich pomysły wcale nie odeszły w niepamięć. W końcu machnęłam ręką. Zareagował dopiero ich syn w chwili, gdy na jedną osobę, która nas informowała, że niestety się nie pojawi, natychmiast okazywało się, że zapraszamy kolejne dwie. O nie!

Ale nie żałuję... to naprawdę była cudowna impreza, restauracja pełna gości, którzy szaleli do białego rana, a ja nie schodziłam z parkietu i gdyby nie wyjazd w trakcie wesela na zdjęcia plenerowe, to pewnie padłabym na środku sali, a nogi nadal by tańczyły! Mogę więc oficjalnie podziękować teściom, że nie zgodzili się na skromne wesele...

Co jeszcze? Chciałam mieć buty w kolorze szmaragdowym, a nie miałam. Tutaj też główną rolę odegrała teściowa, która najpierw traktowała to jako mało śmieszny żart, potem coraz zabawniejszy, ale jednak ciągle w niego nie wierzyła. Do czasu, jak w jej obecności przeglądałam zdjęcia w sieci i zastanawiałam się, który odcień podoba mi się najbardziej. Kiedy już do niej dotarło, że jednak nie żartuję przystąpiła do ataku. Jak to zielone buty?! Przecież do ślubu buty muszą być białe! Tak, jasne, białe buty za kilka stówek, które będę miała na nogach kilkanaście albo kilka godzin, jeśli okażą się mniej wygodne niż się spodziewałam. Mowy nie ma! Więc był foch przyszłej teściowej, ale uznałam, że o ile w kwestii gości może mieć prawo głosu, o tyle mój strój to moja sprawa.

Ostatecznie buty nie były zielone, bo w moim rozmiarze ciężko kupić jakiekolwiek buty, nie wspominając o tak szalonym kolorze, ale nie były też białe – miały piękny cielisty kolor (i przetańczyłam w nich jeszcze kilka innych wesel). Dodam może, że goście nie zauważyli tego mojego "szaleństwa", niektórzy tylko oglądając zdjęcia pytali, czemu mam na nogach cudze buty (w myśl zasady, że skoro nie białe, to nie mogą być moje).

Czy więc zmieniłabym cokolwiek? Chyba nie, może jedynie przećwiczyłabym pierwszy taniec chociaż raz, żeby nie iść na żywioł, bo mi muzyka w tańcu nie przeszkadza, więc mogło być nieco lepiej... :)

Często jednak bywa tak, że planujemy ten dzień minuta po minucie, dopinamy wszystko na ostatni guzik, a potem i tak wychodzi tak jak wychodzi – czyli inaczej.

Grunt to się nie przejmować i jeśli tylko ani Ty ani Twój Wybranek nie uciekniecie sprzed ołtarza (no, chyba, że razem...) to możecie uznać, że wszystko się udało! :)

Średnia

5.0

Oceń mój artykuł

Zobacz także

03 styczeń 2019
09 kwiecień 2019

Komentarze