... w środku bieszczadzkiej głuszy

01 kwiecień 2018
Joanna Brodzicka

Marzyłaś kiedykolwiek o czymś niezwykłym, o zdarzeniu, o którym opowiada się przyjaciółkom, znajomym przez długie lata? Takim, który powoduje, że w słuchającym opowieści rodzi się nutka zazdrości? Nawet po pół wieku będzie to aktualne, do opowiadania wnukom, siedząc w bujanym fotelu  przy lampce domowej nalewki…

Opowiem Wam historię sprzed lat, więc zaopatrzcie się w kubek aromatycznej herbaty i oczami wyobraźni, posłuchajcie.

Rok 1978, rok, w którym wybrano na Papieża Polaka, Karola Wojtyłę. Jednak nie tylko to zdarzenie było dla niej ważne. Gorące dni końca lata, upał taki, że co chwile przecierała pot z czoła i co rusz zmieniała sukienki. Tuż po sianokosach, w których pomagała rodzicom. Zasłużony i ciężko zapracowany nastał wolny czas. W głowie rodziło się mnóstwo pomysłów, jak spędzić tych kilka dni, ale cały czas swoje myśli kierowała w stronę ukochanych Bieszczad. Mogłaby wyruszyć choćby dziś, nawet stopem, by ponownie zobaczyć bezkresne krajobrazy. Ponad wszystko kochała połoniny caryńską, wetlińską i bukowe berdo, te leśne szlaki, z których lubiła nieco zbaczać. Zwiedziła niemal wszystkie zakamarki ze swym ukochanym. Tak dobrze im wtedy było razem. Niestety los spłatał figla i jej luby był teraz związany z inną. Nie lubiła o tym myśleć. Jednak Bieszczady nadal były jej bliskie, pomimo że teraz wybierała się w pojedynkę. Została do spełnienia jeszcze jedna powinność, przygotowanie wiejskich dożynek, w których uczestniczyła od dziecka. Z szafy wyciągnęła swoją najlepszą i jednocześnie najdroższą sukienkę. Kolor ciemnego burgunda w białe romby z przeplatanym paseczkiem, w którym wyglądała, jakby miała talię osy. Do tego jasne pantofelki i kokarda zapleciona w warkocz. Czuła się jak bogini, nieco smutna i samotna, ale mimo wszystko jak dziewczyna z wyższych sfer, a nie córka rolnika i gospodyni domowej.

Ten wieczór dożynkowy, jakże wyczekiwany przez całą wieś, był teraz dla niej nieco przygnębiającą powinnością. W tłumie przybyłych był on. Jej wybrany, ukochany. Teraz z inną, na której ożenek nastawała jego rodzina. A jak wiadomo, ojcu sprzeciwić się nie wypada. Ich oczy na moment się skrzyżowały, uczucie płomienne i palące od wewnątrz żywym ogniem. Nie mogła tak dłużej, chciała uciec, od razu, zapaść się pod ziemię.

Nazajutrz wyruszyła, przywdziawszy przetarte, wypłowiałe sztruksy i bluzę w niebieską kratę. Zarzuciła na plecy wielki plecak, w którym większą część zajmował ogromnych rozmiarów koc. Nocleg planowała spędzić u wujostwa, w Smolniku, w samym sercu bezkresnych Bieszczad, gdzie po nocy słychać pohukiwanie sowy, szczekanie rogacza i skrzek żab w strumyku.
Rano wyruszyła w znaną jej okolicę, zaplanowała na ten dzień bukowe berdo, szlak niebieski i żółty, łącznie do pokonania 18 km, licząc od wyruszenia z domu. Liczyła, że wróci stopem, z którego często w tych terenach korzystała. Posiadała nawet aktywną książeczkę stopowicza, tak popularną w 78 roku wśród młodzieży. Skierowała się na Muczne, minęła stary, zapomniany cmentarz, czekała ją kilkukilometrowa  trasa po szutrowej drodze. Miała wygodne stare trapery, które pamiętały jeszcze czasy młodości jej ciotki, u której nocowała. Nie czuła zmęczenia, goniąc za utraconymi marzeniami, nawet nie zauważyła, jak weszła na niebieski szlak. Czuła się jak u siebie, znany las, który widziała tak wiele razy. Wcześniej ręka w rękę z ukochanym. Teraz sama, czuła, że wypłakała już wszystkie łzy i teraz przestawała odczuwać cokolwiek. Pozostały wspomnienia.

Kiedy doszła na skraj gęstego lasu, na połoninę, w oczy rzuciła jej się mała gałązka nietypowo wetknięta w zarośla borówczane, obwiązana niedbale żółtym materiałem. Może to wiatr, a może ktoś zrobił jej złośliwy psikus. Niechcący zostawił znak, który kojarzył jej się tak jednoznacznie. Kolor żółty i skrawek materiału tak był podobny do tego, którym w roku ubiegłym z ukochanym związali sobie ręce w geście przyjaźni i jedności w tym samym miejscu. Poczerniało jej w oczach na wspomnienie. Głupi żart. Szła przed siebie, z oczu jednak udało jej się wycisnąć ostatnich kilka kropel żalu i tęsknoty. Szła przed siebie, potykając się co rusz,  nie patrząc na mijany krajobraz, który rozpościerał się dookoła w sierpniowym słońcu. Nagle zza pagórka ujrzała postać. Stała na skalnym podeście i rozglądała się dookoła. Serce zabiło głośno, sylwetka nieznajomego tak bardzo była jej znajoma. Turysta ruszył prosto w jej kierunku. Z wrażenia przestała oddychać. Po chwili ich ciała zamarły w uścisku, usta połączyły się w gorącym, wytęsknionym pocałunku. Czuła się jak w niebie. Odsunął ją po długiej chwili, ukląkł i wyciągnął z kieszeni małe zawiniątko. Mały biały papierek skrywał srebrny pierścionek z oczkiem, w kolorze błękitnym, pod kolor jej oczu.

Okazało się, że wbrew woli rodziców, wyruszył do jej rodzinnego domu, nie mógł jej zostawić. Ich uczucie było zbyt silne i gorące. Tego ranka, kiedy jej nie zastał, bez wahania wyruszył na jej poszukiwanie w  bezkresną głuszę Bieszczad. Pierścionek od dawna spoczywał w szufladzie w sekretarzyku i czekał tylko na przypływ sił, aby przekazać swoją decyzję rodzicom. Kupił go dla niej, nie dla dziewczyny wybranej mu przez ojca.

Czy miłości można się nauczyć, czy przychodzi z czasem? Myślę, że można, ale tylko w momencie, kiedy nie poczuło się smaku namiętności i pasji bycia razem z kimś wcześniej. Myślicie, że miłość zwycięża? Odpowiem Wam – pomimo różnych przeciwności losu - sto razy tak.

Średnia

0.0

Oceń mój artykuł

Zobacz także

06 grudzień 2018
22 wrzesień 2017

Komentarze