Osobista relacja z dnia zaślubin

11 październik 2017
Magdalena Magdziarz

Cały przedślubny tydzień czułam się jakoś nieswojo, jakby te emocje nie dotyczyły bezpośrednio mnie…ale znam siebie i wiedziałam, że potem odczuję to ze zdwojoną siłą.

Obudziłam się w sobotę dużo wcześniej niż powinnam i łzy wzruszenia same cisnęły się do oczu. Niestety nie wszystko było tak patetyczne i podniosłe: na mej twarzy widniała pokrzywka, swędziało całe ciało, oko przekrwione niczym po nocnej libacji i okropny katar. Dopadła mnie alergia, jakby nie mogła sobie wybrać innego momentu. Popłakałam chwilę, wzięłam głęboki wdech i rozpoczęłam przygotowania.

O 7.30 rozpoczęłam poranek u fryzjerki. Wszystko szło zgodnie z planem poza jednym szczegółem - niespodziewanym gościem! Do salonu wleciał ptak, który nie chciał wyfrunąć i coraz bardziej przybliżał się do mnie. Jedna z fryzjerek, po wielu próbach, owinęła go w ręcznik i wyniosła przed salon, a on... wrócił. Po kolejnym wyproszeniu dziwnego gościa zamknięto drzwi… zaczął dziobać w szybę i wgapiał się we mnie. Klientka czekająca na swoją kolej przeczytała nam z wujka Google, że to wróżba na szczęście (nie jestem przesądna, ale ta sytuacja była co najmniej dziwna). Kiedy wyszłam z salonu, on nadal tam był i poszedł za mną aż do klatki rodziców, gdzie trwały dalsze przygotowania...

W rodzinnym domu było bardzo spokojnie. Pomalowałam się szybko, bo postanowiłam nie przykładać większej wagi do makijażu (ze względu na oko nie mogłam nałożyć zbyt wielu kosmetyków i nie chciałam też przyciągać do niego uwagi), ale i tak byłam zadowolona z efektu. Potem przyjechał kamerzysta i postanowił rozruszać rodzinkę, następnie zjeżdżali się goście, a ja jakoś nie czułam stresu, tak jakby to działo się poza mną. Przy fotografce już całkiem wyluzowałam, ale gdy usłyszałam, że przyjechał Młody powoli zaczęło do mnie docierać co się dzieje.

Zostałam wykupiona za kilka flaszek, monet, lizaków i cudowną biżuterię. Gdy zobaczyłam mojego ukochanego, zakochałam się na nowo! W jego oczach też widziałam podziw i potwierdził to piękny komplement z jego ust. Błogosławieństwo było spontaniczne, bez krzyży i klękania, bardzo wzruszające.

W kościele towarzyszyły nam mega emocje. TŻ odkrył swoje gruczoły łzowe. Mszę upiększała muzyka, bardzo skromna a zarazem piękna - dokładnie tak jak chciałam. Ksiądz wygłosił cudowne kazanie, zszedł z ambony i integrował się z nami, rodzicami i gośćmi, a potem dopingował mojego lubego podczas przysięgi.

Na ceremonii zjawiło się mnóstwo znajomych, przy życzeniach cały czas płakałam ze szczęścia, czułam się jakbym fruwała! Mega uczucie mieć świadomość spełnienia, obecności bliskich osób i entuzjazmu na dalsze życie. Życzenia były od serca, z wszystkimi się wyściskałam, otrzymaliśmy super prezenty, nawet handmade, m.in. ręcznie robione kieliszki oraz obraz.

Podczas obiadu miałam nieprzyjemną sytuację, ponieważ przez alergię miałam opuchnięte gardło, zakrztusiłam się i musieliśmy wybiec z Mężem do toalety. Do tego zużyłam tonę chusteczek, bo katar nadal nie odpuszczał, ale nic nie mogło zepsuć tego dnia. Jedzenie było wyśmienite, starałam się wiele próbować, ale niestety nie umiałam jeść dużych porcji.

Pierwszy taniec, o dziwo, nam wyszedł. Goście chwalili TŻ, bo do tej pory słynął z dość niskich umiejętności tanecznych, a tym razem zaskoczył wszystkich - byłam z niego bardzo dumna. Nie zdążyliśmy zorganizować wszystkich zabaw, bo goście sami świetnie się bawili i nie opuszczali parkietu. Nigdy bym nie powiedziała, że przy tak małej liczbie osób może być taki tłok na sali! Osobiście nie odpuściłam ani jednego kawałka, co potwierdziły pęcherze na moich stopach. Strzałem w dziesiątkę okazał się grill i otwarte patio, słyszałam wiele pozytywnych komentarzy z ust uczestników wesela. Atmosfera była mega, czułam się jak we śnie, z resztą do tej pory trudno mi uwierzyć, że to nie był tylko wytwór mojej wyobraźni.

Po udanej zabawie spędziliśmy noc, a raczej poranek w apartamencie… Tu daruję sobie szczegóły, ale i to było piękne, niezwykłe, niezapomniane...

Przyszłym PM-kom życzę więcej spokoju, wiary w siebie oraz tego, by Wasze uroczystości były równie piękne co nasza. Nic bym nie zmieniła (no może wolałabym nie być chora) w tym dniu, a mojego Męża kocham jeszcze bardziej, choć nie wiedziałam, że można jeszcze bardziej…



Średnia

4.3

Oceń mój artykuł

Zobacz także

23 wrzesień 2018

Komentarze

Świetna relacja, a zwłaszcza nadprzyrodzona historia z ptaszkiem!
~Klara 26 styczeń 2018 00:11 odpowiedz