Nieszczęścia chodzą parami

22 październik 2017
Joanna Brodzicka

Masz czasem wrażenie, że coś się sypie i wali na głowę? A później odwołujesz, bo wcale nie to było najgorsze, bo zdarzyło się coś jeszcze. Tak niestety bywa, nieszczęścia chodzą parami...

Przygotowywałam się na piękny ślub przyjaciółki. Przygotowania w końcu dobiegły końca i nastał ten wymarzony, piękny dzień. Słońce ogrzewało mokrą po deszczu ziemię, pąki kwiatów rozchylały swe płatki, by ogrzać się w ostatnich promieniach, przed nadchodzącą wielkimi krokami jesienią. Scenariusz jak w bajce. Ja w starannie przygotowanej sukience z detalami, dobieranymi przez kilka tygodni. Czarne szpilki na modnej czerwonej podeszwie, idealnie wkomponowane w mój styl oraz w nowiutki garnitur mojego kompana do zabaw, równie starannie wybranego z dużej grupy przyjaciół, pod kątem umiejętności tanecznych i nieustającego dobrego humoru. W końcu to wesele mojej najbliższej przyjaciółki.

Dzień zapowiadał się wspaniale. Limuzyna (wcześniej zamówiona) – czarna z czerwonymi różyczkami, dopiętymi do klamek i sznurem powiewających balonów, czekała, aby zawieść nas pod dom Panny Młodej. Chcieliśmy, a raczej ja chciałam, tego dnia odgrywać drugie skrzypce na przyjęciu, zaraz po Parze Weselnej. Znałam się z rodziną i w większości z zaproszonymi gośćmi.  Jak na złość, poleciało mi oczko w rajstopach. Nie szkodzi, miałam zapasowe, w dodatku pończochy z seksowną koronką okalająca uda, która mogła ukazać się oku obserwatorów (czytaj – męskich spojrzeń) podczas frywolnego tańca.

W pełnej euforii wkroczyłam w rodzinne progi Panny Młodej. Potknęłam się na pierwszym stopniu i runęłam jak długa. Nie mogłam uwierzyć, jaka ze mnie gapa. Przecież te schody znałam jak własną kieszeń, ileż to razy je pokonywałam podczas 8 lat naszej przyjaźni z Anną – Panną Młodą. Wstałam, otrzepałam się, poprawiłam włosy. Ups! Staw biodrowy się odezwał, coś łupnęło i gruchnęło po cichu, co oczywiście tylko ja zauważyłam. Oj nie dam się, długo na ten dzień czekałam, mam zamiar tańczyć i bawić się do samego świtu!

Wesele nie było dla mnie jak z bajki. Przesiedziałam pół nocy. Na domiar bolącego biodra, moje nowiutkie wieczorowe szpilki obtarły mnie już po pierwszej godzinie. Czy mogło być gorzej? Mogło oczywiście, o czym przekonałam się zaraz po obiedzie weselnym i po pierwszych taktach muzyki. Mój doskonały partner wgapiał się jak sroka w gnat w urodziwą, pulchną i bardzo sympatyczną blondynę ze stolika obok. Tak się w nią wpatrywał, że ta mu uległa i przetańczyli kilka moich ulubionych piosenek. A ja z nosem na kwintę, zła na cały świat przyglądałam się temu wszystkiemu. Nie byłam o niego zazdrosna, bo nie darzyłam go niczym więcej, prócz przyjaźni, ba! To za duże słowo, zwykła koleżeńskość. W rezultacie wesele z mojej perspektywy zaliczam do średnio udanych...

Nie wydaje się Wam czasem, że nieszczęścia chodzą parami? Coś się psuje, biadolimy na to, po czym psuje się coś jeszcze i jeszcze? Pralka stanęła na najwyższych obrotach podczas wirowania i nie można jej otworzyć. W międzyczasie przygotowałaś popcorn, notabene nieco spalony, bo nie wyłączyłaś gazu w odpowiednim czasie, zasiadłaś opatulona w koc na swój ulubiony serial. A tu bach! Z Twojej winy wyłączyli program, bo wyleciał Ci z głowy rachunek za Polsat...

Więc nigdy nie mówmy: nic gorszego nie może się już przydarzyć, bo to guzik prawda, zawsze jest coś jeszcze... ;)

Średnia

2.9

Oceń mój artykuł

Zobacz także

16 listopad 2018

Komentarze

Masz nauczkę, żeby mieć wygodne buty na SWOIM ślubie!
~Szewc 22 październik 2017 20:40 odpowiedz