Opowieść wigilijna

25 grudzień 2017
Joanna Brodzicka

Usiądźcie wygodnie z kubkiem gorącej kawy, opatulcie się wełnianym pledem i przeczytajcie opowieść o wigilijnym wieczorze, pełnym magii, tęsknoty i szczęśliwym, zaskakującym zakończeniu.

Wydarzyło się to w roku 1988, jeszcze przed erą telefonów komórkowych i internetu. Trudno w to uwierzyć, ale tak było naprawdę. Aby zadzwonić do rodziny, mieszkającej w sąsiednim województwie, należało zamówić rozmowę telefoniczną poprzez telekomunikację, należącą jeszcze wówczas do Poczty Polskiej. Potem następowały długie godziny oczekiwania i kiedy już byliśmy zrezygnowani, w ciszy odzywał się dźwięk telefonu i słowa - „łączę, rozmowa międzymiastowa”.

Ech, co to były za czasy. Maluchy, czyli Fiaty 126 P na ulicach, które aktualnie zrobiły furorę dzięki Tomowi Hanksowi, często uwięzione w wielkich zaspach, bo śnieg obficie nas raczył każdego roku. Igloo i bałwany na każdym niemal podwórku, kolejki po większe i małe sprawunki, sięgające aż do zakrętu następnej ulicy. Jednak Święta przez to nie traciły na swojej sile. Były bardzo oczekiwane, ośmieliłabym się powiedzieć, że nawet bardziej niż w XXI wieku. Na stołach nie gościły bowiem na co dzień pyszne szynki, sery i różne pyszności. Życie było na kartki, które rodzice dostawali wraz z wypłatą.

Przerażające, pomyślicie? Nie, wcale. Wówczas nikt nie narzekał, każdy był przyzwyczajony i chwalił sobie cuda techniki – kolorowy telewizor, pralka automatyczna czy mikser z Zelmera. Nie były to czasy komercyjne, każdy dla każdego mimo wszystko, szykował jakiś skromny podarek. Wypatrywaliśmy pierwszej gwiazdki na niebie w wigilijny, mroźny wieczór. A ten w 1988 roku okazał się niezapomniany na zawsze.

W kręgu najbliższej rodziny mieliśmy ciocię Teresę. Zdawać by się mogło, że nieco odcięta od żywych. Marzycielka, żyła własnym życiem. Co rusz otwierała album i kartkowała, wpatrując się w fotografie z mokrą od łez chusteczką w dłoni. Na co dzień automatycznie wykonywała swoje obowiązki, chodziła do pracy. Wieczorami zasiadywała w fotelu przy oknie i w dal zerkała. Czy na kogoś czekała, tego nie wiedzieliśmy.

Tego wigilijnego wieczoru, zaraz po modlitwie, łamaniu się opłatkiem, po wspólnych uściskach i życzeniach, po barszczu i gołąbkach z kapustą, rozległo się ciche pukanie. Wszyscy zamilkli, choć talerz zawsze stał na świątecznym stole, przygotowany dla niespodziewanego gościa, zgodnie z wigilijną tradycją. Nikt jednak tak naprawdę, nigdy się nie spodziewał, że ktoś tego dnia zapuka, że przekroczy próg naszego, rodzinnego domu.

Ku zdziwieniu nas wszystkich, ciocia Teresa, dla nas dzieci, zdawać się mogło w sędziwym wieku, bo tuż przed 30-tką, zerwała się jak szalona. Popędziła do drzwi i nastała długa cisza. Babcia i mama poszły za jej śladem. Zniknęły i one. Czyżby to Mikołaj z długą, białą brodą zaszczycił nas swoim towarzystwem? Poszliśmy pozaglądać.

Na progu stali w osłupieniu dorośli. Ciocia Teresa w objęciach kogoś obcego, bez ruchu, bez jednego słowa. Trwała tak już długo. Mężczyzna w wojskowym ubraniu, przystojny, mniej więcej w jej wieku. Metr osiemdziesiąt lub wyższy, nam się zdawało, że sięgający do nieba. Stał nieruchomo, tuląc kobietę. Patrzyliśmy oniemiali. Taki wylew czułości, w ciotki wydaniu? W dodatku do kogoś obcego?

Teresa zemdlała, obcy wziął ją w ramiona, babcia szybkim ruchem ręki zaprosiła do środka, zgarnęła nasze rozsypane zabawki i pomarańcze z wersalki. „Idźcie się na chwilę pobawić” – powiedziała do nas. Myślicie, że grzecznie wyszliśmy? Przyczailiśmy się w drugim pokoju i przez uchylone drzwi wypatrywaliśmy, co dalej nastąpi. Było to w końcu dla nas wydarzenie stulecia!

Kiedy ucichły szmery, mama przyniosła swojej siostrze Teresie, kubek zimnej wody, przytknęła go do ust leżącej. Ta, ocknęła się po chwili i łzy jedna za drugą skapywały na jej biały odświętnie zrobiony na drutach sweterek, z białymi perełkami przy szyi zamiast łańcuszka. Wielkie oczy patrzyły na mężczyznę, on patrzył na nią, nic nie mówiąc. Nagle wyszeptał tylko jedno słowo: „Przepraszam”.

Jak się później okazało, był to nasz zaginiony wujek, który przepadł bez śladu. Długie poszukiwania na nic się zdały. Słuch o nim po prostu zaginął. Będąc na przepustce wojskowej, wracając do domu, do swej młodziutkiej, niedawno poślubionej żony, pociągiem, wdał się w bójkę w obronie jakiegoś staruszka. Wypadł z rozpędzonego pojazdu, stracił pamięć i leżał tak długo. Na domiar nieszczęść, został obrabowany ze wszystkiego, co posiadał, został w samym tylko mundurze.

Trzy lata nikt nic o nim nie wiedział, dochodził wtenczas do zdrowia. Czas rekonwalescencji się wydłużył, wskutek utraty pamięci. Pod okiem lekarzy wojskowych, pomału z biegiem czasu zaczynał sobie coś przypominać. Jak talizman i deskę ratunku trzymał jakąś chusteczkę z wyhaftowanym imieniem - Teresa. Ona, ta rzecz maleńka, poniekąd mu pomagała. Każdego dnia walczył z samym sobą, z trawiąca go gorączką na umyśle. Kiedy wszystko poukładał, a zdawało się, że to wieki trwało, w te pędy skierował się do domu rodzinnego swojej żony. Dotarł w Wigilię.

Ten dzień wspominam jako coś wspaniałego. Domowa atmosfera nie tylko świąteczna, ale gęsta od łez i doznań, których tak naprawdę my, jako dzieci jeszcze nie rozumieliśmy. W oczach cioci Teresy widzieliśmy szczęście, które nie da się opisać. Godziny spędzone pod choinką, ze szklanką kompotu z suszonych śliwek węgierek. Czy uwierzycie teraz, że Święta są magiczne, że cuda się zdarzają?

Średnia

5.0

Oceń mój artykuł

Zobacz także

04 maj 2018
10 grudzień 2017

Komentarze